OCHOCKI.BLOG.PL; twój kumpel w sieci
pamiętenik fałszywy, życie, paprochy, masa czekoladowa, endorfinizm, bedrum redrum


czyli zupełnie niezależny, zupełnie postkomunistyczny, zupełnie nieregularny blog o bardzo kiepskiej oprawie graficznej

2011-11-26 01:03:18
nowikon

są pytania, które nie pozwalają zasnąć, miejsca, w których nie wolno parkować i ludzie, którzy nie chcą słuchać. wszystkich ich należy jednakowo unikać. niestety, bardzo podejrzanym zrządzeniem losu, występują one na życiowych ścieżkach o wiele częściej niż swoje przeciwieństwa. czasami pierwsze z trzecim nieszczęściem wkracza na scenę życia w duecie, i tam, obute w kalosze, odtańcowują razem w lubieżnym uścisku pijanego kankana. o wiele częściej jednak pojawiają się deus ex machina; zamiast wkraczać, wkradają się w światło jupiterów świadomości w sobie tylko znany, zakulisowy sposób. ośmielone jakby tym, że udał im się gruby numer, są nawet jeszcze bardziej męczące i trudne do przezwyciężenia. w trudzie zmęczenia wiele rzeczy można pomylić: wolę z ochotą, a śródmieście ze środą. nie sposób jednak pokręcić ze sobą pytania, które nie pozwala zasnąć, miejsca, w którym nie wolno parkować i człowieka, który nie chce słuchać. mocno się nad tym zastanawiam, bo przecież mogłoby się tak przecież zdarzyć, ze nie mógłbym zasnąć dręczony pytaniem: jak to możliwe, ze zaparkowałem swoje auto, którego nie posiadam, w niedozwolonym miejscu, które nie istnieje, a policjant, którego nie spotkałem, nie miałby w,ogóle ochoty ze mną dyskutować na temat wysokości mandatu. mógłbym, ale wolę iść, a właściwie leżeć, spać. nie zastanawiam się nad tym, co nieprzyjemne, niepraktyczne, niepotrzebne i nieprzemakalne. leżę swój sen, a dwunaste zdanie mojego majaku właśnie się kończy i nie ma w tym w ogóle, czy w szczególe, absolutnie żadnych podobieństw do jawy.

skomentuj (1)


2011-10-20 19:08:12
s

kto usłyszy w ciszy?

skomentuj (2)


2011-02-18 20:43:37
jasno powiedziane

gdybym miał gitarę - gdybym tylko umiał grać na gitarze - wziąłbym ją, złapał mocno. trzymam cię, trzymam, nie puszczę. gdybym miał gitarę. ale nie mam.

gdybym ją miał, to zacząłbym się kiwać.

żewną nutą trącona struna dałaby taką pieśń w świat - że tydzień za długi. że coś tam. że jakoś tak. i coś tam po drodze, że coś tam się dzieje, pieniądze zarabiam. zaśpiewałbym o tym. mimo, że gitary nie mam i śpiewać nie umiem.

zaśpiewałbym o tym, a później gitarę schował.

siedzę teraz tu sam z gitarą. myślę. myślę sobie...
i tylko dzieciństwa mi żal, lecz naraz zaczynam się wstydzić, że myśl tam pędzi, więc odsuwam od siebie puchate mlecze-dmuchawce, które w drodze z matką za rękę rwało się wolną drugą ręką i w całe ich garście ociekające białym sokiem, zbliżywszy do twarzy, dęło się z sił całych celując w słońce, tak mocno, że aż śliną plułem.

takim byłbym człowiekiem w piosence, gdybym miał gitarę.


skomentuj (1)


2010-11-04 10:49:00
śniegi, śniegi, na kogo wypadnie, na tego bęc

za oknem na razie samochody, samochody. i liście. a już niedługo śnieg. i będzie się szło przez przysypane śniegiem liście. i na samochodach też będzie leżeć śnieg. i ja też za niedługo będę jak przykryty śniegiem. ale lepiej przecież być przykrytym śniegiem - śnieg zawsze można stopić - niż być przykrytym ziemią. i będę sobie szedł, będę patrzył w lewo, patrzył w prawo, i tak sobie będę myślał i kombinował: to o tym, to o tamtym. i tak minie zima, zacznie się wiosna, która bardziej będzie jednak wyglądała jak zima niż wiosna, ale zawsze to trochę przecież cieplej będzie i zieleniej. a później znowu nadciągnie lato, później znowu będzie się wydawało, że tak jest zawsze, że tak zawsze być powinno. a później, bardzo szybko, przyjdzie jesień. i właśnie tak minie cały jeden rok.
Tagi: głębokie ślady najpierw w liściach, później w śniegu
skomentuj (4)


2010-10-09 22:53:34
2253

dwóch chłopców gania się między stoiskami, przeciska się niczym szalone garbusy między nogami porannego, sobotniego tłumu. zatrzymują się przed sklepem z zabawkami i gapią się na tandetne czołgi, żołnierzy i karabiny. pierwszy mówi: "a wiesz, że to tutaj wybuchła wojna? w siedemdziesiątym dziewiątym". "jak to tutaj? - pyta drugi. "a tutaj. jakiś pan ukradł coś ze sklepu i wybuchła wojna". drugi pyta: "jak to tutaj? z zabawkarskiego ukradł?". odpowiedzi już nie słyszę. mijam ich, gdy stoją przed szybą i jak zahipnotyzowani patrzą się w plastikowe symbole wojny. jestem zupełnie rozbity przez tę rozmowę. mijam kolorowe stoisko, któremu zdecydowanie jest bliżej do straganu niż do stoiska. sprzedawca krzyczy, że u niego kupić można "najpiękniejsze w mieście pończoszki w groszki i przepaski w tygrysie łatki".

idę z torbami ciężkimi od zakupów i patrzę na ludzi, na wysoki sklepienie hali, na półki z towarami. na ochroniarza w jaskrawej kamizelce nałożonej na granatową marynarkę. to on tu stanowi prawo. decyduje o uczciwości, orzeka o karze, skazuje na potępienie. i to wszystko razem wydaje się mi pełne znaczeń, odcisków głębokich idei, w jakiś niezrozumiały sposób wydaje się wręcz elementarne. w jednym absurdalnym przebłysku myśli dociera do mnie istota kruchości wszechświata. po chwili jednak o tym zapominam i już nie wiem co sprawiło, że wpadłem w taki podły nastrój.

tego samego dnia, wieczorem, w okolicznościach nieistotnych, siedzę w knajpie. w głowie kłębi mi się jakiś natrętny tuman słów. nie potrafię jednak uświadomić sobie ani ich brzmień, ani znaczeń. zaczyna mnie to irytować. postanawiam dać za wygraną i liczę skurcze lewej powieki, z którymi borykam się od jakiegoś czasu, jak podejrzewam, przez dietę ubogą w magnez. powieka mi drga, a ja myślę o sobie jak o mechanizmie wprawianym w ruch przez kluczyk. moja babcia ludmiła miała takiego nakręcanego niedźwiedzia, który warczał i stojąc na dwóch łapach unosił do pyska butelkę z mlekiem. razem z bratem zabawkę zepsuliśmy. siedzę w knajpie, bawię się pudełkiem zapałek i w głowie rozbrzmiewają niewyraźne echa słów: pończoszki w groszki i przepaski w tygrysie łatki.

Tagi: pończoszki w groszki przepaski w tygrysie łatki
skomentuj (1)


2010-08-01 03:19:39
taka droga

i znowu o trzeciej nad ranem, znowu jestem sobą. sobą cały czas tym samym, ale innym niż wczoraj. czy dwa dni wcześniej. bardzo podobny, ale trochę inny. znowu inny, znowu po prysznicu nocnym i szorowaniu zębów nocnym. w kręgu światła szwedzkiej lampki siedzę wczepiony kurczowo w kark nocy, siedzę, siedzę i komputeryzuję. bo spać mi się nie chce. czasami przegapi się tę swoją godzinę, no i później już się tak siedzi, jak podróżny na dworcu, co to pomylił godziny odjazdu pociągu.

czasami z tego komputeryzowania coś wynika, czasmi nic z tego nie wynika. jak w życiu. same nieodgadnioności. wiele ścieżek, wiele dróg ("tyle dróg pobudowali, a nie masz dokąd pójść"). no, przesadzam, ponosi mnie, nie umiem opanować tej nocnej skłonności do hiperbolizacji. oczywiście, wiadomo dokąd iść, co robić, z kim rozmawiać, a z kim nie rozmawiać. wszysytko to wiadomo, ale nie o godzinie trzeciej nad ranem z groszami. o takiej porze można najwyżej się komputeryzować, bo na książkę za późno.

można otworzyć okno, zobaczyć, posłuchać co na świecie. a na świecie może być różnie, może być dobrze, może być źle, może być nijako. mogą po ulicy włóczyć się pijacy, albo mogą marcować się koty. może padać deszcz, albo śnieg. mogą spadać liście. sąsiad może wyjść zapalić papierosa razem z księżycem, i mimo, że jest się niepalącym, można wtedy razem z sąsiadem i razem z księżycem, pooddychać sobie tym dymem, tą nocą. tyle, że po paru takich nocach dziwacznych można obudzić się nie sobą, a na przykład swoim sąsiadem. facetem po czterdziestce z nałogami. z nieodgadnioną przeszłością, której jakby prawie wcale nie było.

skomentuj (4)


2010-07-28 12:12:04
już jest nieźle, już jest pięknie

każde terytorium, które zdobyłem, posiadam na zawsze. każde wzgórze, na które się wspiąłem, każda dolina, w której byłem, już na zawsze jest moja. na każdym kamieniu, drzewie, na każdej cząstce atomu wypalony jest mój wizerunek. i nawet ty, ty, która udajesz, że nic się nie stało, tak nawet ty, która odwracasz teraz wzrok, na zawsze jesteś moja, bo wystarczy, że przez sekundę byłaś moja, moja jesteś na zawsze. nie zmienisz tego nawet, jeśli zamieszkasz w toruniu, petersburgu, albo innym niedorzecznym zakątku świata, jak na przykład chiny albo nowa zelandia. na zawsze jesteś moja. ja już zawsze będę deptał ci po piętach. a kiedy będziesz się oglądać za siebie, nie dostrzerzesz mnie, bo będę przezroczysty. jestem jak koszmar z ulicy wiązów, jestem cały poparzony i straszny. i nawet noszę kapelusz. tylko zamiast noży, mam uschnięte łodygi dużego bukietu kwiatów. i powtarzam cichutko, sam do siebie powtarzam te słowa: nigdzie nie uciekniesz, nigdzie się nie schowasz, będziesz cały czas uciekać. a kiedy cię dopadnę, kiedy w końcu cię dorwę, kiedy będziesz już moja, wtedy...każde terytorium, które zdobyłem, będę posiadał na zawsze. każde wzgórze, na które się wspiąłem, każda dolina, w której byłem, już na zawsze będzie moja.

skomentuj (0)


2010-07-08 22:59:44
wstanę i pójdę

dzisiaj dla dziesięciu pierwszych osób do ściągnięcia fragment powieści (dla dziesięciu, bo to wszystko na co pozwala niedobry darmowy rapidshare). wszystkie prawa, oczywiście, zastrzeżone. ale przecież o tym wiecie.

http://rapidshare.com/files/405878869/Wstanae__i_p__jdae___Piotr_Ochocki.pdf


skomentuj (4)


2010-07-08 15:52:36
sektor dognapperski

http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35136,8115873,Ukradli_trzydziesci_rasowych_psow_z_lodzkich_osiedli.html

czuję się odpowiedzialny za tych chłopców. chyba wpłacę za nich kaucję

(jeśli nie wiesz o co chodzi, przejrzyj BIZNES BEZSENS).

skomentuj (0)


2010-07-05 13:27:30
hb

nic stać się nie może w tak piękny i nudny dzień, jaki dzisiaj rozpostarł się nad naszym miastem. w taki dzień słowa tracą swe znaczenie, odkleja się od nich jak podeszwa. ja patrzę na ciebie, ty patrzysz na mnie, kelnerka stawia nam na stoliku popielniczkę, mimo że żaden z nas nie pali. obaj mamy jeszcze trochę kawy w filiżankach, siedzimy. nikomu nic się nie chce. promieniujemy kurzem.

i wydaje mi się, że słyszę muzykę. syreni śpiew z oddali. przymykam oczy, ślizgam się po fali. uderza we mnie mokry wiatr, płuca napełniają się jodem, żółte słońce głaszcze mnie po twarzy. widzę pomarańczową krew krążącą w moich zamkniętych powiekach. i myślę sobie, że nie warto się przejmować, że c'est tres bien. tak sobie myślę, kiedy niczym żagiel, wypełniam się tym urlopowym powietrzem.

ale po chwili wszystko pryska, za szybą tramwaj zgrzyta w szynach, przywiązany do śmietnika pies poszczekuje w oczekiwaniu na właściciela. nad miastem ptak ślizga się po niebie jak łódka, a ja wychodzę z kawiarni, zostawiam swoje lustrzane odbicie, z którym piłem kawę, i samotnie podążam wgłąb tego koszmaru.

skomentuj (0)


2010-05-30 03:21:53
iskierka zgasła

wszędzie pełno deszczów, brzasków, błysków. wszystko wydaje się duszne w tę godzinę szczypiącą i bezsenną. a przecież ani trochę nie pada, ani trochę nie grzmi. jest głęboka, pusta noc. nawet drzewa nie szumią. żaden kot się nigdzie nie skrada, żaden pijak nie odgrywa roli Odysa, szukającego właściwej kombinacji przycisków na domofonie. i ja wcale nie mam problemu z uspokojeniem się i zaśnięciem. 

a przecież ja właśnie śpię, śpię spokojnie, śpię z uśmiechem. i śni mi się to tylko, że wszędzie jest pełno deszczów, brzasków, błysków. i śnić się temu mojemu "ja" musi też to, że nie wie ono, co deszcze, brzaski, błyski oznaczają i po co są.

a deszcze, brzaski i błyski są po to, żeby padało, jaśniało i błyszczało. i żebym ja niespokojny był przez to.


skomentuj (0)


2010-05-28 09:57:12
dzisiaj dają niewykorzystany fragment czegoś większego. tłumaczyć będą pewno później

   (...)
   Wkraczam do piekła, zstępuję do piekieł i widzę twarz diabła, a on przyjmuje mnie w swoim gabinecie, sadza naprzeciwko siebie w fotelu, ręce zaplata w koszyczek, zakłada okulary, patrzy w papiery. I widzę po jego minie, że nie wie o co w tym wszystkim chodzi. Twarz ma Ala Pacino, Roberta de Niro, Dustina Hoffmana, w każdym razie twarz ma klasową. I na tej jego twarzy to, że nie wie co ze mną począć, gdzie mnie dać, odbija się szczególnie wyraźnie. Mówi do mnie:
   - Ja naprawdę nie wiem co powiedzieć, ja naprawdę nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Pierwszy raz się spotykam z czymś takim, to może ustanowić jakiś precedens, a my tu w firmie precedensów się boimy, bo sam pan wie, co było ostatnim razem jak ten z brodą i włosami, ten z nimbem dookoła głowy, przyszedł, pokręcił się trochę, a później wrócił, jakby mu się wystrój wnętrz nie podobał – diabeł się wzdryga, po jego urzędniczej, zorganizowanej, uporządkowanej twarzy Roberta De Niro, Ala Pacino, Dustina Hoffmana przebiega dreszcz.
   Otwiera moją teczkę, wyciąga papiery i mi je okazuje. I to są białe papiery. Białe puste papiery. Bez liter papiery, bez właściwości żadnych papiery, bez niczego, z niczym papiery. 
   - Może w takim razie pana do administracji dać, może jakąś robotę przy statystykach dać, bo ja naprawdę nie wiem, porządek musi być, musi być, bo bez porządku zginiemy.
   - Ja jestem gorszy niż samo zło, panie diabeł, mówię panu. Ze złego plemienia jestem i jestem najgorszy z tego całego plemienia, bo jestem tylko konturem, zarysem niewypełnionym żadnym detalem, żadną treścią, żadnym kolorem.
   Diabeł na mnie patrzy, jego porządna urzędnicza twarz jest zmartwiona, nie wie naprawdę co ze mną począć, nie wie naprawdę jak się tu ze mną dogadać.
   (...)


skomentuj (0)


2010-05-14 23:09:33
ptnd

dziś wcale nie jest piątek. dziś jest raczej niedziela. niedziela prywatna.

w taką niedzielę w piosence nadawanej w radio, słychać - cichutko, cichutko, cii... - słychać niemy w inne dni, głos producenta muzycznego, który jest w tym studio, w którym nagrywana jest muzyka nadawana właśnie dzisiaj w radio. producent siedzi za grubą i czystą szybą, i dlatego w dni inne niż ten, nikt go nie słyszy. ale ja go dzisiaj słyszę. bo dzisiaj jest niedziela, dzisiaj nie jest piątek.

w taką niedzielę samemu sobie jawię się jako święty.

ja jako święty. i ja z drugiej strony ktoś całkowicie obcy nawet samemu sobie. ja jako ja i ja jako święty zarazem.

w taką niedzielę, jak ta, na ostatnim piętrze najwyższego wieżowca w mieście odbywa się bal. tam tańczą, tam bawią się i piją wszyscy okoliczni widmowi neurotycy. są przezroczyści. widać przez nich gwiazdy.

(śniło mi się, że znowu piszę maturę. śniło mi się, że znowu umieram)


skomentuj (0)


2010-04-23 12:59:23
kronika niesłychanych przypadków

z kroniki niesłychanych przypadków: siedzę na przystanku, czytam książkę (cienka czerwona linia). przychodzi dwóch bezdomnych. "ja tutaj nie siadam. na tej ławce zamarzł janek" - mówi jeden do drugiego. i odchodzą.
Tagi: cienka czerwona ławka
skomentuj (1)


2010-03-31 12:47:19
śś

od zawsze interesowały mnie podróże w czasie. wielkim marzeniem mojego życia było prowadzenie badań nad tym doniosłym zagadnieniem, okazało się jednak, że aby zrealizować ten cel, niezbędna jest umiejętność sprawnego rachowania (bez liczenia na palcach) liczb większych niż dziewięć. dowiedziałem się też, że całkiem pomocna byłaby znajomość podstawowych praw fizyki. 

ale marzenie pozostało.

dzisiaj poniekąd udaje mi się je zrealizować przynajmniej w części. spomiędzy bad sectorów dysku twardego udało mi się bowiem wyszarpnąć kopię mojego pierwszego bloga. śmietniętnik... wtedy jeszcze stosowałem wielkie litery na początkach zdań. to były czasy...
(na razie zamieszczam tylko pierwsza część, ponieważ napotykam pewne trudności w przenoszeniu treści).

zapraszam więc na niesamowite spotkanie z fenomenalnym młodym człowiekiem, którym byłem sześć lat temu. jeżeli szlachetna publiczność wyrazi życzenie, młody człowiek zatańczy z niedźwiedziem, poskromi lwa, da się wystrzelić z armaty. wszystko w cenie biletu! ponadto w programie: przewidywanie przyszłości!, czytanie w myślach!, magia!, podróż do świata alternatywnego!, rzucanie nożami do celu!, klownada!, pokaz lewitacji i hipnozy!, wizyta w gabinecie dziwadeł!, ale przede wszystkim... - gwóźdź programu - atrakcja będąca przedmiotem zazdrości wszystkich jarmarków, jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny i zatrważający, mrożący krew w żyłach i jeżący włosy na głowie...  - ...film relacjonujący postępy polskich konstruktorów na budowie stadionu przygotowywanego na euro 2012!!!


Tagi: śmietniętnik, ogłoszenie dla członków spółdzielni
skomentuj (3)


2010-03-15 10:58:19
źź

facet w zielonej koszuli i w zielonym krawacie stoi w dworcowej kolejce przede mną. o takim połączeniu kolorów nie da się pomyśleć przy porannym kompletowaniu garderoby, kiedy człowiek się spieszy. takie połączenie zdarza się.

ale jednak - facet w zielonej koszuli i w zielonym krawacie miał czas zapiąć guziki, zawiązać krawat (lub jeśli trzymał go w szafie zawiązanego, to i tak miał czas zacieśnić supeł, ułożyć kołnierzyk...). czas, czas. gdyby się dało podróżować w czasie tak jak podróżuje się pociągiem... gdybym na przykład mógł przeskoczyć w czasie do chwili, kiedy to ja będę stać pierwszy w kolejce i powiem pani w okienku kim jestem, dokąd chce jechać i kogo odwiedzić. gdyby nagle skończyła się zima. gdyby listonosz przynosił listy do domu, a nie wrzucał do skrzynki awizo. gdyby benzyna była tańsza. gdyby powrócił dawny zwyczaj uchylania kapelusza nieznajomym na ulicy...

stoję i czekam. facet w zielonej koszuli i w zielonym krawacie też czeka. czeka i tupie nogą. każdy stojący w tej kolejce dokądś się spieszy. a ja sobie myślę: może facet w zielonej koszuli i w zielonym krawacie, który stoi przede mną i który tupie nogą to  w i o s n a  in persona? bo niby dlaczego portretuje się wiosnę zawsze jako kobietę? to może być właśnie taki facet, jak ten mój tutaj. łysiejący. łysy. w zielonej koszuli i w zielonym krawacie. niecierpliwiący się coraz bardziej w kolejce na dworcu w łodzi. i coraz bardziej spóźniony.

Tagi: lata miesiące dni godziny; małpy brzytwy skuinsyny
skomentuj (3)


2010-02-08 15:39:31
chiński nóż

w łodzi, w piwnicy rodzinnego domu znalazłem nóż, który jako kilkuletni chłopiec kupiłem na stoisku podczas jakiegoś targu dla swojego nieżyjącego już ojca. ostrze noża było nieco dłuższe od rękojeści, na powierzchni której widniały chińskie smoki z rozdziawionymi paszczami i buchającymi z nich językami ognia. w rękojeści ukryte były dwa inne narzędzia - krótsze ostrze i solidna piła. nóż był ciężki i dobrze leżał w dłoni. w oczach chłopca musiał wyglądać jak najgroźniejsza broń świata.

po śmierci ojca nie był to specjalnie dobry czas, żeby zastanawiać się co mogło stać się z nożem, który jakby rozpłynął się w powietrzu, jakby zapadł się pod ziemię, jakby nakrył go ogonem diabeł. jednak od czasu do czasu myślałem o tym nożu.

znalazłem go wczoraj w piwnicy, ale nie wyglądał już jak tamten nóż. plastikowe elementy rękojeści usunięto. został metalowy rdzawy trzon. ostrze stępiało. pełno na nim zabrudzeń, plam z kleju i farby. jednak nadal jest ciężki, nadal trzymając go w dłoni wpada się w dziwny nastrój. nadal wygląda groźnie, mimo że wiele się zmieniło.


Tagi: chłopcy, smoki, diabły
skomentuj (1)


2010-02-01 15:28:44
tył tu tym tam

sam koniec świata, leżę w pościeli. to biały żagiel. przez uchylone okno sypie śnieg. ale mi nie jest zimno. ja piję kawę.


szalupą się bawi, szarpię ją fala, a dziób się jej kłania. wspina się po niej. jest cicho, cicho, tylko kaloryfer gada. za oknem silnik się trzęsie, dusi, krztusi, kaszle, odpala.

i co za różnica, czy gdy przymknę powieki, słyszę głos, który zadaje pytania. wystarczy z oczu nie tracić gwiazdy polarnej, by i w snach i w ciemne dni trwała, snów gniewnych oszczędzała, czarnych chmur rój rozpędzała, horyzont uspokajała, wioseł w glony nie wplątywała, a pewnego dnia wreszcie do celu mnie doprowadziwszy, serce mi z piersi wydarła, przed oczy je podniosła i śmiejąc się zapłakała.


Tagi: kawa, śnieg, tekturowa cegła i buty
skomentuj (1)


2010-01-24 02:01:55
środek zimy, środek nocy

wyobraź sobie: warszawa. wyobraź sobie: od tygodnia, non stop, z krótkimi przerwami na sen, siedzęprzed komputerem i stukam literki. i wyobraź sobie, że kiedy już mogę trochę odpocząć, to nie udaje mi się zasnąć.

bezsenność. jak w tym filmie z pacino i williamsem. wyobraź sobie: nie mogęusnąć czwartą godzinę. melatonina została w łodzi. wyobraź sobie: przy minus dwudziestu postanawiam wyjść na spacer. o drugiejw nocy. ale to i tak lepsze od siedzenia samotnie w kawalerce.

wychodzę z bramy, spaceruję chwilę po pięknie oświetlonym placu i widzę faceta siedzącego na przystanku autobusowym. podchodzę, chcę się upewnić, czy żyje, bo wyobraź sobie, nie widzę pary z jego ust. podchodzę i patrzę, a on dopiero wtedy wypuszcza tę chmurę. więc żyje. wyobraź sobie: stoję tak chwilę na przystanku,on siedzi obok. i po chwili mnie pyta:

- wiesz jaki jest najlepszy sposób na obronę?

- atak - odpowiadam i nogi rozstawiam szeroko, głowę trochę opuszczam, tułów pod kątem.

-a wiesz jaki jest najlepszy atak? - pyta.

nie odpowiadam.

-najlepszy atak to wykurw!

w tym momencie podjeżdża autobus, on do niego wsiada, ja zostaję sam, jest nadal minus dwadzieścia, a pięknie oświetlony plac trzech krzyży jest nadal pięknie oświetlony. stoję tak chwilę, jestem zaskoczony tym co się stało i tym, że stało się to tak szybko. dopada mnie w jednej chwili zmęczenie, i ledwo udaje mi się nie zasnąć w drodze z powrotem do kawalerki. i kiedy jestem już tutaj, wobraź sobie: to nie wiem czy mi się to wszystko po prostu przyśniło, czy to sobie wyobraziłem.


Tagi: warszawa, autobus, spacer, bezsenność, przystanek
skomentuj (1)


2010-01-22 00:00:02
43, knajpa

2008-10-22 o 17:27:52, czyli jakieś piętnaście miesięcy temu, system nie przepuścił tego wpisu. szkoda. moje życie mogło potoczyć się inaczej.

"w tej knajpie mówią do mnie "dale" i wcale się o to nie złoszczę. nie wiem nawet co to znaczy i dlaczego tak mowią akurat do mnie. knajpa jest ciekawym miejscem. ludzie są dla siebie serdeczni. kiedy wszedłem tu po raz pierwszy zauważyłem, że upływający czas przestał być problemem. na nowo zacząłem w nim widzieć miejsce na realizację moich pomysłów, przestrzeń którą mogę wypełnić konkretami. chyba dlatego nie pytam nikogo o "dale'a".

bywalcy i obsługa pozwalają mi siedzieć z laptopem, robić przerwy w rozmowie, kiedy akurat wpadnie mi coś do głowy i muszę to zapisać. w knajpie czuję się zwolniony ze wszystkich obowiązków które wynikają z mojego wykształcenia, czy obranego zajęcia. jestem po prostu "dale".

mam tu kubek, który przyniosłem z domu. żona właściciela robi mi w nim herbatę, kawę. za darmo. knajpa nie chce na mnie zarabiać. czuję nawet, że gdybym chciał tu coś kupić, obsłużono by mnie, ale zostałoby to odebrane jako niepotrzebny, niemądrze przesadny gest wdzięczności wobec knajpy.

mam swoje ulubione miejsce w ciemnym kącie. jeśli chcę być niewidoczny, to opuszczam klapę laptopa i oświetlajcy mnie ekran gaśnie. otula mnie gęsty mrok. mogę patrzeć, mogę słuchać.

czasem oprócz bywalców pojawiają się tu ludzie z zewnątrz. przychodzą raz, a póżniej nigdy nie wracają. kiedy obserwuję ich z mojego kąta, mam wrażenie, że są narysowani grubszą kreską, niz ja, czy inni bywalcy.

a pewnego dnia, kiedy czułem się tutaj już bardzo, badzo dobrze, przyszedł jakiś facet i zaczęliśmy na niego mówić "dale". wyglądał trochę tak jakby był pogubiony".

Tagi: knajpa, dale
skomentuj (1)


2009-12-12 15:37:27
22:22

lubię sobie siedzieć, i patrzeć, i słuchać, kiedy zegar mówi, że jest godzina 22:22 na przykład. taką godzinę można podzielić łatwo, dodać, odjąć, cokolwiek. i nie ma w tym żadnej melancholii, ani żadnej innej melodii. czuję się spokojniejszy po prostu, kiedy rzeczy są równe, w rządkach, na miejscach swoich. albo kiedy powtarza się jakaś cyfra w podawanym przez zegar czasie. na przykład 15:35. aż człowiek chciałby podziękować komuś za to. 
Tagi: czas, cokolwiek, ażur, melodia, ciastko z dziurką
skomentuj (1)


2009-10-26 08:45:01
x2

czy w mieście zdarza się śmierć z odwodnienia?

statystycznie, doktorze, statystycznie. tak, niestety, no wie pan... ale może kiedyś, z całą pewnością już niedługo, takie rzeczy przestaną mieć miejsce. w samym sercu miasta mieć miejsce. a ja mówię, a co jak to miasto nie ma serca, co jak pan mi tu bzdury jakieś pieprzy? czy ktoś kiedyś widział serce miasta, czy ktoś kiedyś dotknął serca miasta? co jeśli nie? co wtedy? co wtedy, pytam się, doktorze. wtedy, jeśli się kiedyś okaże, że tak jest, wtedy ruszumy wszysycy przez morze, na wschód, zachód i południe eksodus zaczniemy. i co dalej? co dalej, pytam się go wtedy. a on wtedy mówi, że stopi się metal, że wyparuje woda, że spalą się drzewa i że skruszy się szkło. apokalipsa?, pytam. czy to pewne, czy pan wie, się go pytam? a on mówi: co mi pan głowę zawracasz? gdzie spoczną wtedy nasze ciała, któż będzie nam grabarzem, któż pacierz nam wtedy powie do snu i w dłoń wciśnie jeden ukochany przedmiot, pytam go dalej. a on wtedy dotyka ciemnej plamki na moim sercu i pyta, czy boli, czy sprawia mi swego rodzaju dyskomfort, brak szczęścia, smutek, przykrość, melancholię mi sprawia? a ja mówię, że tak.

mówię: przepisz pan liczne medykamenty na życia zakręty.

skomentuj (0)


2009-10-24 22:24:37
granat krawat

zamiast serca granat. sznurem krawat. coś między dniem, coś między nocą. coś między nami.
tak trochę pośrodku jakby coś.
tak między ustami... a brzegiem pucharu.
a i muchą zdarza się temu być, więc nie mów proszę, że nie.
albo rymowanką i bez sensu i bez potrzeby układanką.
coś wreszcie między snem, a jawą. między miłością, a miłości zgagą.
między zgrzytem, a zgrzytu brakiem. zamiast serca granatem. czasami się tak przecież zdarza. zazwyczaj się.
Tagi: granat, uholizm, krawat, kuloodporność
skomentuj (0)


2009-10-22 00:22:07
uholizm

"czasami musisz wstać i dać w ryja. czasami musisz wstać" - mówi mi mój nowy przyjaciel, pan bezsenność. i nie chodzi o to, że wątpię w to, czy mówi prawdę. bo przecież dobrze wiem, że mówi. czasami przecież są takie sytuacje. i to właśnie jest taka sytuacja. że trzeba wstać i dać. no, tak. ale mi się nie chce wstawać.  

bo jak się już wstanie, to trzeba spodni szukać. później kapci. koszuli. swetra. później trzeba zejść na dół, założyć buty, kurtkę. znaleźć klucze. otworzyć jedne drzwi, drugie. otworzyć furtkę. wyjść na ulicę i zadzwonić domofonem. może być, że otworzy jego matka, albo może być, że nikt nie oworzy i trzeba będzie dzwonić dalej, albo trzeba będzie zacząć krzyczeć. a mi się nie chce. ani dzwonić, ani krzyczeć. bo jeśli otworzyłby on, to może by mi się jeszcze chciało, ale jeśli otworzyłaby jego matka, to przecież nie zdzielę jej za to, że on słucha teraz muzyki. to mi się nie chce.   

więc leżę sobie w łózku, słucham muzyki, która mi się nie podoba i leżąc bardziej leżę, niż robię coś innego, chociaż prawie śpię. ale nie śpię całkowicie, to tylko tak wygląda, ja naprawdę tylko leżę. leżę więc i wydaje mi się coś, coś jakby widzę, coś jakby wiem... myślę sobie słowami:  

"po prostu idź stąd. idź, żebym nie musiał na ciebie ptrzeć. idź, żebym nie musiał o tobie myśleć. bo ty nie myślisz o mnie wcale.

odejdź stąd jak najdalej i idąc nie oglądaj się za siebie, żebyś nie widział jak patrzę na ciebie, kiedy idziesz i widać tylko twoje plecy. po prostu idź stąd. po prostu idź, bo to się zrobiło za trudne na rozumienie.

tu już nic zrozumieć więcej nie można, nic zrozumieć się nie da. tu trzeba, żeby koś poszedł.

smutna prawda o kosmosie... o rzeczywistości naszego kosmosu i o kosmosie naszej rzeczywistości polega na tym, że jak daleko nie odejdziesz, to ja cię zawszę znajdę. jak bernardyn w śnieżycy. jak pijawka w jeziorze. jak alkoholik w nocy.

znajdę, dopadnę, zatłukę".

i już po chwili jakiejś nie wiem, czy to myślę ja o kimś, czy ktoś myśli to o mnie, a ja przez jakieś niedopatrzenie jestem świadomy tego, co on sobie o mnie myśli... po chwili wszystko robi mi się obojętne. doskonale bez różnicy. bo co za różnica, czy ja o kimś, czy ktoś o mnie. czy ja komuś, czy ktoś mi?

wspaniałe są te chwile, kiedy człowiekowi chce się płakać, ale płakać nie umie on zacząć, bo wydaje mu się, że potrzebuje na to jakiegoś poważnego powodu, a żadnego nie jest w stanie przywołać z pamięci. są wspaniałe takie chwile, bo pokazują, że w człowieku objawiają się jakies trudne do nazwania... resztki.

chce mi się. a nie umiem.


Tagi: bezsenność, uholizm
skomentuj (0)


2009-10-17 03:29:39
constans

szedłem dzisiaj do jednej z tych komunistycznych instytucji, jakich w naszym kraju pełno, mimo iż wyprawiliśmy przecież ukochany ustrój już dwadzieścia lat temu na wakacje. szedłem więc wśród komunistycznych kałuż i komunistycznych jesiennych liści, po których pewno i mój ojciec kiedyś szedł, tak jak kiedyś szedł jego ojciec. jest na to szansa. szedłem więc dzisiaj tam, skąd chciałem jak najprędzej wyjść, ale zanim stamtąd mogłem wyjść, musiałem najpierw tam wejść. zanim jednak to zrobiłem musiałem jakiś czas tam iść i szedłem i właśnie o tym piszę teraz, że szedłem. piszę jak mi się szło i że szło mi się dobrze; że czułem się w tej jesieni polskiej jak na zielonym polu pełnym traw i chmur. to jedno było w tym marszu dobre.

szedłem i myślałem o tym, o czym myśli się zazwyczaj w tych rzadkich chwilach rozluźnienia - o kałużach, liściach, o komunie - kiedy musiałem wyminąć wolno idącą przede mną parę. ona około czerdziesoletnia wysoka blondynka o postawie modelki, ubrana elegancko, do wieku. on naomiast z ręką oplecioną dookoła jej ręki szedł pochylony, stary, z białymi kłakami i łysym czubkiem głowy. pomyślałem: "tak, za tym musi być jakaś historia. nie dowiem się nigdy jaka. ale stoi. tak jak za wszystkim jest coś, czego nie widać, a jest to czymś innym, niż to co widać". wyminąłem ich, poszedłem w swoją stronę.

dwadzieścia minut póżniej załatwiłem się już z komunistyczną instytucją, uzyskałem coś na kształt przedłużenia nadziei, jakby powierdzenia, że stan bliskiego leżącego na oddziale intensywnej opieki nie jest jeszcze krytyczny, jakbym dowiedział się, że o wszystkim mają zadecydować najbliższe godziny i że mam iść do domu i mieć nadzieję. czekałem więc pełen nadziei na tramwaj, gdy zobaczyłem stojąca przed sklepem papierniczym tę elegancką kobietę o postawie modelki. najwyraźniej czekała na tamtego zgarbionego faceta, który wszedł do sklepu. popatrzyłem na nią chwilę i dopiero wtedy zrozumiałem, że okulary przeciwsłoneczne i biała laska oznaczają, że kobieta na którą patrzę jest niewidoma. odwróciłem wzrok, ale ciekawość zwyciężyła. kobie w ręce trzymała kilka kasztanów.

zgarbiony wtedy wyszedł właśnie ze sklepu i rozłożył ręce, ale kiedy kobieta na to nie zaregowała po prostu powiedział do niej: "nie było". kobieta wyprostowała się, ocknęła się jakby ze snu i powiedziała coś, czego nie mogłem dosłyszeć. zgarbiony wtedy na nią wrzasnął. krzyczał, że się jej nie wstydzi, że tam po prostu były strome stopnie w dół. a on chciał kupić jej tę plastelinę jak najszybciej. później przytulił ją, postali tak chwilę i w końcu odeszli.

mąż i żona? ojciec i córka? dwoje ludzi nieco mniej sobie obcych, niż reszcie? zastanawiałem się w półśnie jadąc tramwajem, marząc o łóżku. 


Tagi: plastelina, komuna, kałuże, liście
skomentuj (1)


2009-09-02 01:09:38
0109

czasami zdajesz sobie sprawę, że właśnie mija rok od chwili, która miała miejsce rok temu. i że ta oto właśnie chwila nie jest tak naprawdę w niczym wyjątkowa. że to tylko kolejny taki jakiś moment, kolejne jakieś takie życiowe doświadczenie. kolejna chwila, która polega na tym, że po prostu dzięki niej mija rok od chwili rok temu. i mimo wszystkich usilnych prób to i tak nie ma znaczenia. 

ale czasami jednak ma jakieś znaczenie; czasmi jakieś nawet bardzo duże, czasami nawet jakieś ogromne - tylko szkoda, że nie wiadomo, cholera, jakie. ale ma. i to się liczy. i właśnie to jest ta wiadomość dla kosmosu, to jest ten moment, w którym krzyczę w czarną pustkę.

sobą samym tylko jestem w tym jednym zdaniu i jestem tym zdaniem tylko - niczym więcej. a później wstanę i pójdę.




skomentuj (1)


2009-05-05 20:56:36
CE

znowu tam poszedłem.
chodzę tam jak mi dobrze. jak mi źle.
to taka tajemnica.

idę i widzę.
kartkę przyklejoną na szybie pomarańczowego fiata 125 p. rok 1997.
sprzedam.

dzwonię. odbiera kobieta. pytam się w jakim stanie jest rok 1997. bo jestem zainteresowany. bo to dla mnie rok szczególny.
bo po raz pierwszy miałem w tym roku dwanaście lat. bo w tym roku po raz pierwszy z wielu moich razy prawie się utopiłem.

kobieta mówi, że nie wie o co chodzi. nie. nie chce ze mną rozmawiać. radzi, żebym pomyślał, żebym się namyślił, bo to dobry sa-mo-chód.

a ja się pytam: JAKI ZNOWU SAMOCHÓD!?
JAKI ZNOWU SAMOCHÓD!?
JAKI SAMOCHÓD!?
do cholery.

idę dalej.
i widzę:
na balkonie mieszkania na drugim piętrze.
śpi.
pies marki bernardyn.
stary i znudzony.
idę.
myślę, że też jestem już raczej pies marki stary bernardyn śpiący na balkonie mieszkania na drugim
piętrze.
wredny zakurzony sukinsyn, którego boli głowa i nigdy nie dotrzymuje słowa.


skomentuj (1)


2009-04-15 10:09:41
mnie tu nie ma, to ten drugi facet

bić się o wiersz to jest rzecz niepoważna
o książkę można
bo to dużo pracy

wiersze piszą
faceci w golfach
z papierosem

ale ja nie palę
nie piszę wierszy
tylko książki na kacu
kiedy jeszcze żałuję

zrywam się od stolika
przewracam szklankę
wdaję się w bójkę
no dobrze... przepychankę

o książkę z dedykacją
dla wszystkich w moim życiu
otwartych piekarników
z puszczonym gazem

bić się o wiersz to jest rzecz niepoważna
o książkę można
bo to dużo pracy

przeleciał ptak
bić się o wiersz
chciał niebo przeciąć
na ukos
o książkę

skomentuj (0)


2009-01-07 17:28:12
50.

czas się wypełnił. wschodami i zachodami słońca, małymi wydarzeniami. śniegiem w nogawce, przesłodzonymi herbatami, zmarzniętymi dłońmi, cichym bohaterstwem w opowieściach ludzi, których spotkałem, a może raczej tych, którzy spotkali mnie. życie to tylko i wyłącznie małe rzeczy. rzeczy duże to te, którym z jakiejś przyczyny nadajemy taką nazwę.

wsiadam na najbliższą kometę i niech jej warkocz znaczy ślad mojej drogi, lecz nigdy nie pozwoli zgadnąć dokąd zmierzam.

no to siup! osiągnęliśmy szczytową wartość licznika. pięćdziesiąt. nie, nie graj tego jeszcze raz, sam. nie, nie. lepiej nalej tego tam do tego tu... o, tak, do szklanek. nic, że są brudne. nasze szklanki są takie, jakimi my jesteśmy, sam. nieczyste i delikatne. co? mówisz, że puste? dlatego nalej, mówię, człowieku!

koniec, pionowa ściana, śmierć kliniczna, zwiecha, kropka, koniec pieśni, ostatnie słowa cezara przed wepchnięciem mu pod czwarte żebro rysika do woskowych tabliczek, na których senatorowie zapisywali swoje myśli, lubieżne żarty, bądź na których w chwili zupełnego znudzenia odciskali ślady swoich kciuków i dziwili się bardzo wijącej się skomplikowanej plątaninie. ciuk, ciuk, ciuk i szczytowe osiągnięcie ludzkiej cywilizacji przestaje istnieć. (demiurg zaprawdę musi być zapalonym miłośnikiem powieści z cyklu świata dysku, a sądzę, że pewno i pozostaje w podejrzanie bliskich stosunkach z autorem powieści - o czym oczywiście w wolnej chwili zamierzam donieść centralnemu biuru antykorupcyjnemu, zapewniam).

stało się. skończyłem. kolejny piętrowy żart ku pokrzepieniu serc w dobie przygnębiającego kryzysu globalnego.

po co było to wszystko? z tej samej przyczyny, która pcha ludzi w przestrzeń międzygwiezdną, albo sprawia, że wymyślają do jajek sadzonych patelnię w kształcie serca. coś musi się dziać! tak brzmi pierwsze prawo fizyki objawionej według ochockiego.

przestaje dziać się to, dzieje się co innego.

 

ciur, ciur, ciur

woda płynie z gór

szyszkę zeżarł knur.


dobra, wiem, kiepskie zakończenie. sytuacja zdaje się wołać o sentencję, o coś, co by można później pamiętać jako ostateczną konkluzję, wniosek płynący z całości tego, co doprowadziło nas do tego miejsca. taka życiowa rada wujka pięćdziesiątki na okres rozłąki, pociecha dla strapionych, koc dla zmarzniętych, rękaw dla zakatarzonych.

(ciężko mi dostrzec jakikolwiek sens w takim poszukiwaniu sensu na siłę, - i rymowanka z knurem wydaje mi się urocza - ale przyznam, że wrodzona świadomość umiarkowanego patosu sprawia, że i mi samemu trudno się nie pokusić o wypowiedzenie czegoś mądrego)

tak więc: bądź wierny, idź R! idź i żyj aż do śmierci, później zrobi się sporo czasu na wątpliwości.

a jeszcze lepiej - odpuść sobie i po prostu bądź fajnym sportowym samochodem z gps'em. tak będzie o wiele łatwiej.

stało się. skończyłem.

daj szklanki, sam! i na litość boską, zagraj jakąś muzyczkę!



skomentuj (5)


2008-12-28 15:46:33
49,

czterdzieści dziewięć - przecinek.

cyfry arabskie najwyraźniej wynaleziono z myślą o tych, którzy nie wiedzą od czego zacząć. każdej swojej nowej wypowiedzi należy więc nadawać liczbę porządkową wyższą od poprzedniej i jest to najlepszy sposób na początek.

" - czterysta trzydzieści dziewięć... dzień dobry. kocham panią, pani wrzesień!

- piętnaście tysięcy sto dwa. dzień dobry piotrek. ale ty masz przecież osiem lat!

- czterysta czterdzieści... wiem, a pani jest matką mojego najlepszego przyjaciela z podwórka. czterysta czterdzieści jeden. wiem, że jestem nielojalny, ale nie mogę bez pani żyć! " .

i tak dalej i dalej.

początki, a tytuły zwłaszcza, to poważna i ciężka sprawa. "bóg lubi dźwięk, z którym grzesznicy uderzają o dno piekła". "siedem prostych ćwiczeń z umierania". "pijaństwo to królewska samotność dla ciebie i twoich niedojrzałych kumpli". "mały chłopiec z wielkim, włochatym, wrednym sercem". "chciałbym kogoś zabić, ale nie chce mi się ruszyć z miejsca". wszystkie prawa oczywiście zastrzeżone, chociaż nie jestem pewien kiedy będę z nich korzystał. teraz przydałby mi się tytuł krótki i zwięzły. jedno słowo, które dużo oznacza, ale ludzie właściwie nie wiedzą już co takiego. jak miłość, lojalność, albo espresso doppio z pojedynczą porcją mleka.

tytułu potrzebuję dla zupełnie prywatnego przedsięwzięcia. nie jestem jednak jeszcze pewien, czy będzie to tatuaż, czy może raczej powieść. podejrzewam, że chyba powieść, bo zauważyłem u siebie tendencję do coraz dłuższych wypowiedzi pisanych.

poszukiwanie tytułu to ciężkie zadanie. wymaga jaj, silnego prawego prostego, a czasem także i prędkich nóg. przede wszystkim jednak dystansu do samego siebie i poczucia humoru, bo nocne eskapady w poszukiwaniu tytułu mają to do siebie, że mogą dziać się rzeczy najdziwniejsze z możliwych, jak i te zupełnie niemożliwe.

kiedyś podczas takiej właśnie wyprawy spotkałem faceta, który utrzymywał, że jest mną z przyszłości i odbył podróż w czasie, by uchronić mnie (a raczej siebie) przed wysłanym z przyszłości robotem-zabójcą. kiedy dałem mu dychę (mu - czyli mnie, nie robotowi-zabójcy z przyszłości), okazało się, że najzwyczajniej w świecie chciało mu się pić. kiedy indziej, grając w jakiejś marnej knajpie w trzy karty z maszynistą pkp, wygrałem od niego najpierw czapkę, a później lokomotywę wraz z całym składem kolejowym, a nawet i pasażerami. oczywiście, kiedy rano się obudziłem po czapce nie było śladu. od tamtej pory zawsze, kiedy wracam pociągiem z warszawy uznaję, że podróżuję ochockim. przynajmniej w ten sposób jestem zwycięzcą.

wczorajsza moja krucjata też niestety zakończyła się fiaskiem. uznałem, że jestem pokonany w momencie w którym zorientowałem się, że wydałem całe mnóstwo pieniędzy na wypożyczenie paru litrów piwa w najmodniejszej (?) łódzkiej knajpie i wszystko, o czym jestem w stanie myśleć sprowadza się do poduszki i kołdry. w nocnym autobusie prawie wszysycy wyglądali, jakby i oni nie odnaleźli swoich tytułów. wszyscy oprócz faceta, któremu nie spodobała się moja uwaga na temat jego odtwarzacza mp3 z malymi irytującymi głośniczkami i muzyki, która z nich płynęła. na skutek ożywionej wymiany zdań i tego, co z niej wyniknęło muzyka przestała grać, mnie trochę dzisiaj boli dłoń, no i zgubiłem czapkę.

tak więc moje dzisiejsze poszukiwanie tytułu stało się jednoczesnym poszukiwaniem nowej czapki, która by była ciepła, podkreślała moją osobowość i pasowała do okularów. niestety. nie wiem, czy to już pora, żeby mówić o wiosennej kolekcji, ale w całej łodzi nie ma prawie żadnych zimowych czapek. o torbach na ramię już nie wspominając.

jeśli więc zobaczycie jakąś fajną czapkę, dajcie znać. bo w łeb mi wieje. dobre słowo na tytuł też będzie mile widziane.

do zobaczenia po drugiej stronie tęczy i w zgodzie z łacińczykiem, który powiedział, że finis coronat opus - do zobaczenia w pięćdziesiątce. upiekę tort, ale talerzyki i widelce niech już każdy z was kupi sobie w tesco. za rogiem. w tesco jest wszesko.

(właśnie odkryłem, że mam serce i nie jestem dupkiem. chciałem wam zaproponować kolejne odcinki bloga za pieniądze. taka zrzuta, jak na wikipedię, z tym że ja jestem fajniejszy, potrzebuję mniej kasy i raczej rzadko kiedy piszę o faktach w tradycyjnym rozumieniu słowa. oczyma wyobraźni widziałem już banner na szczycie strony z paskiem informującym ile jeszcze potrzeba pieniędzy, bym łaskawie zasiadł do klawiatury. sam się zaskoczyłem, bo okazało się, że mam serce i nie jestem dupkiem. pomysł nie jest jednak calkowicie zły i gdybym kiedyś uporał się już z tym tytułem, kórego ciągle mi brakuje i zadbał o markeing... to kto wie..?).

umykam w knieje, bracia i siostry wilki, dzicz mnie wzywa!



skomentuj (2)


   

ochocki.piotr+blog@gmail.com


KONIEC

(ale apokalipse chwilowo odraczam)


dobrniemy razem w tym tutaj do pięćdziesiątej notki i zrobi się koniec. zostało więc jeszcze dwanaście. dobre, równe dwanaście. może będę oszczędzał te moje dwanaście, a może użyję ich wszystkich dzisiaj. w każdym razie pięćdziesiąt i nie chce być więcej. wpadłem bowiem na pomysł, że wcale nie chcę robić tutaj tego, co jest robione. co chcę robić? usłyszycie o mnie jeszcze! tak, tak! polska piekarnia w tokyo! nieźle? no, raczej. polska piekarnia w tokyo, człowieku.



finan$ochwała przedstawia:
BIZNES BEZSENS

idąc za radą mojego doradcy finansowego, wykorzystując rosnącą popularność bloga, zamieszczam pomysły na biznes życia, czyli coś, za co będę wytaczać procesy i żyć z odszkodowań, jeśli mi ukradniesz. kradnij więc, to nie będę musiał robić biznesplanu i ryzykować niepowodzenia. zrobisz to za mnie i nieważne, czy mój plan wypali, czy nie. dostanę odszkodowanie.
jarzysz?

bezsens 7.
trzy słowa: marzenia do oclenia. teraz dwa słowa: urząd patentowy. mażesz?

bezsens 6.
zacząć wypiekać chleb all inclusive - wszystkie witaminy i minerały na pokładzie. dwie kromki rano z naszą magiczną domieszką i żadne wirusy nie straszne. chrupiesz to?

bezsens 5.
portal z opisami bójek ulicznych, imprezowych, rodzinnych. porady jak wszczynać awantury, jak prowokować, jak patrzeć, jakie gesty wykonywać i w końcu jak się tłuc. ranking bójek, samouczek riotstartera. wywijasz?

bezsens 4.
zrobić w wypożyczalniach video półkę z filmami BEZ efektów specjalnych. sklejasz?

bezsens 3.
stworzyć sektor dognaperski (catnaperski, parrotnaperski, fishnaperski, hamsternaperski...). porawania psa, czy kota nikt nie zgłosi na policję. zwierzęta porywa się łatwo - niektóre same lezą za tobą nieproszone. nadążasz?

bezsens 2.
restauracja z jedzeniem, tylko takim smacznym. w łodzi. później na całym kontynencie. później nawet w warszawie. czaisz?

bezsens 1.
wykorzystać znajdujące się w centrach handlowych nad przesuwającymi się stopniami ruchomych schodów "włochate listwy" (omiatacze, wąsy, szczotki takie) tak, aby czyściły i nabłyszczały obuwie używających schodów. lewa strona pasta czarna, prawa strona pasta brązowa. stoisz na stopniu, patrzysz, but brudny, to podstawiasz pod "włochatego czyściocha " i ziuuu! zjeżdżasz na dół i już jesteś czysty, jak bozia stworzyła. memo: inne kolory butów używają tradycyjnych schodów. jak kto się będzie pytał czemu tylko czarne i brązowe i będzie robił rasistowskie aluzje, to się powie, że norma europejska.
łykasz?

księga gości

2011
listopad
październik
maj
luty
styczeń
2010
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
październik
wrzesień
maj
kwiecień
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec


Tagi


było w ochocki.tv
brothers in arms
pewnego razu na pewnej stacji
ty weź te pieniądze
komu piosenkę

miejsca do wejścia
zapoznany
o mnie na niepublikowany.wordpress.com
za-rogiem.blog.pl
bezpogody
smietnietnik2